Wioska Naggar. Slynna z XVI-wiecznego zamku, licznych hinduistycznych swiatynek oraz galerii rosyjskiego malarza Nicholasa Roericha. 20 km od Manali. Moim towarzyszem jest Jirka z Pragi. Jedziemy autobusem lokalnym (bilet w dwie strony kosztuje 50 Rs, natomiast taxi 700 Rs). Zdumiewajaco latwo wszystko idzie. Jestesmy na placu autobusowym troche po godz. 7.00. Pytam jednego z kierowcow o autobus do Naggar. Pokazuje zielony autobus gotowy do odjazdu. Wyruszamy za 10 minut i jedziemy 1 godzine. Kobiety rozkladaja na drodze wiazku zboza. Samochody po nich przejezdzaja. Tak wyglada lokalna mlocka. Po poludniu kobiety zbieraja ziarno i usuwaja slome z drogi.
Zamek, kilka swiatynek, restauracyjki, galeria sa polozone na wzgorzu wznoszacym sie ponad wioska. Stad rozposcieraja sie zachwycajace przestrzenne widoki.
Ale naprawde zachwycilam sie domem, a przede wszystkim obrazami Nicholasa Roericha. Glownie malowal gorskie szczyty, pejzaze Ladakhu, tubylcza ludnosc. Nie potrafie nazwac jego stylu, ale zachwycilam sie jak rzadko kiedy, bo w jego malowidlach ujrzalam talent, dusze, piekno i milosc.
Gdy schodzilismy z galerii Roericha, zaprosila nas do swojej galerii, na wystawe pt. "Sacred Spaces", intrygujaca, pelna ciepla kobieta. Niby Europejka, niby hinduska. W wieku na oko 55 lat. Okazala sie malarka, Carol Frazer. Miala 73 lata. Urodzila sie w Wielkiej Brytanii, ale wiekszosc zycia spedzila w Indiach, glownie w Himalajach, w Ladakhu, poszukujac duchowosci, a nastepnie podazajac swa sciezka duchowa. Wydala ksiazke o Ladakhu, a jej obrazy okreslilabym jako objawienia madrosci duszy. W duzej czesci byly to pejzaze, ale przekazywaly one czastke objawienia.
Poczulam sie taka syta i szczesliwa po tych dwoch spotkaniach ze sztuka.
(sroda 8.06.2011)
Wycieczka do wodospadu. Z Vashisth do Old Manali. Okolo 6 godzin z kilkoma dluzszymi postojami. Powrotna droga przez jablkowe sady oraz zalesione spadziste zbocze gory. Sciezka do wodospadu momentami jest bardzo waska i nad przepascista glebia. Zamieram, bo takie ekspozycje to wciaz moj slaby punkt. Nastepnie odgrywam 1-minutowa scenke pt. "Panikara nad przepascia". Scenka jest bardzo ekspresywna i dwoje widzow, Sobha z Manali i Jirka z Pragi, oglada ja z zapartym tchem. Koncze przedstawienie i decyduje sie przeskoczyc z jednej skalnej polki na druga, majac slaba nadzieje, ze moze nie spadne w przepasc. Tylko ze skala przy tej polce jest taka, ze wedlug mnie powinnam miec wklesly biust, bo inaczej sie nie da bezpiecznie do niej przytulic. Jak ci dwaj to przeszli??? Biore gleboki oddech i ... Sobha, widzac zapewne smiertelna desperacje w moich oczach, wybiera dla mnie okrezna droge, a w innych miejscach juz tylko podaje dlon. Na owej okreznej drodze mam wrazenie, ze zaraz sie stocze w dol w wersji kamiennej lawiny. W koncu zywa docieram do wodospadu i tu slowa przestaja pelnic swa funkcje. Jesli chodzi o TEN wodospad, to opanowuja mnie niewyrazalne slowami emocje oraz 1 angielskie slowo "power", ktore wydaje mi sie bardziej adekwatne niz polskie "potega", "moc" czy "sila". To jedno z tych doswiadczen, kiedy staje sie jasne, ze jezyk ludzi sluzy jedynie do mniej lub bardziej powierzchownej komunikacji, natomiast wyrazanie glebi to domena szeroko pojetej sztuki. Albo milczenia. No bo co moge powiedziec o tym wodospadzie? Ze piekny, ze wspanialy, gigantyczny, pelen "poweru", z rozwiewana przez wiatr woda, pelen slonca, krystalicznej czystosci, swiezosci...? Tak, to prawda, ale te slowa nie oddaja duszy tego wodospadu oraz jej przekazu wprost do mojej duszy, tego cennego bezposredniego porozumienia dwoch dusz. Fotografia? Pokazuje martwy wodospad. Tylko jego niedoskonala forme zewnetrzna. Podczas drogi powrotnej nowa skala, przepasc, panika, dlon podana przez Sobha i slowa: "Nigdy, ale to nigdy nie patrz w dol. Zawsze patrz tylko na sciezke pod swoimi stopami". Ta sama sciezka chodza miejscowe kobiety z ogromnymi koszami na plecach, wypelnionymi trawa oraz galeziami.
Krysztaly swiatla
Zywy wodospad mocy
Swiezosc kreacji
(czwartek 9.06.2011)
Zamek, kilka swiatynek, restauracyjki, galeria sa polozone na wzgorzu wznoszacym sie ponad wioska. Stad rozposcieraja sie zachwycajace przestrzenne widoki.
Ale naprawde zachwycilam sie domem, a przede wszystkim obrazami Nicholasa Roericha. Glownie malowal gorskie szczyty, pejzaze Ladakhu, tubylcza ludnosc. Nie potrafie nazwac jego stylu, ale zachwycilam sie jak rzadko kiedy, bo w jego malowidlach ujrzalam talent, dusze, piekno i milosc.
Gdy schodzilismy z galerii Roericha, zaprosila nas do swojej galerii, na wystawe pt. "Sacred Spaces", intrygujaca, pelna ciepla kobieta. Niby Europejka, niby hinduska. W wieku na oko 55 lat. Okazala sie malarka, Carol Frazer. Miala 73 lata. Urodzila sie w Wielkiej Brytanii, ale wiekszosc zycia spedzila w Indiach, glownie w Himalajach, w Ladakhu, poszukujac duchowosci, a nastepnie podazajac swa sciezka duchowa. Wydala ksiazke o Ladakhu, a jej obrazy okreslilabym jako objawienia madrosci duszy. W duzej czesci byly to pejzaze, ale przekazywaly one czastke objawienia.
Poczulam sie taka syta i szczesliwa po tych dwoch spotkaniach ze sztuka.
(sroda 8.06.2011)
Wycieczka do wodospadu. Z Vashisth do Old Manali. Okolo 6 godzin z kilkoma dluzszymi postojami. Powrotna droga przez jablkowe sady oraz zalesione spadziste zbocze gory. Sciezka do wodospadu momentami jest bardzo waska i nad przepascista glebia. Zamieram, bo takie ekspozycje to wciaz moj slaby punkt. Nastepnie odgrywam 1-minutowa scenke pt. "Panikara nad przepascia". Scenka jest bardzo ekspresywna i dwoje widzow, Sobha z Manali i Jirka z Pragi, oglada ja z zapartym tchem. Koncze przedstawienie i decyduje sie przeskoczyc z jednej skalnej polki na druga, majac slaba nadzieje, ze moze nie spadne w przepasc. Tylko ze skala przy tej polce jest taka, ze wedlug mnie powinnam miec wklesly biust, bo inaczej sie nie da bezpiecznie do niej przytulic. Jak ci dwaj to przeszli??? Biore gleboki oddech i ... Sobha, widzac zapewne smiertelna desperacje w moich oczach, wybiera dla mnie okrezna droge, a w innych miejscach juz tylko podaje dlon. Na owej okreznej drodze mam wrazenie, ze zaraz sie stocze w dol w wersji kamiennej lawiny. W koncu zywa docieram do wodospadu i tu slowa przestaja pelnic swa funkcje. Jesli chodzi o TEN wodospad, to opanowuja mnie niewyrazalne slowami emocje oraz 1 angielskie slowo "power", ktore wydaje mi sie bardziej adekwatne niz polskie "potega", "moc" czy "sila". To jedno z tych doswiadczen, kiedy staje sie jasne, ze jezyk ludzi sluzy jedynie do mniej lub bardziej powierzchownej komunikacji, natomiast wyrazanie glebi to domena szeroko pojetej sztuki. Albo milczenia. No bo co moge powiedziec o tym wodospadzie? Ze piekny, ze wspanialy, gigantyczny, pelen "poweru", z rozwiewana przez wiatr woda, pelen slonca, krystalicznej czystosci, swiezosci...? Tak, to prawda, ale te slowa nie oddaja duszy tego wodospadu oraz jej przekazu wprost do mojej duszy, tego cennego bezposredniego porozumienia dwoch dusz. Fotografia? Pokazuje martwy wodospad. Tylko jego niedoskonala forme zewnetrzna. Podczas drogi powrotnej nowa skala, przepasc, panika, dlon podana przez Sobha i slowa: "Nigdy, ale to nigdy nie patrz w dol. Zawsze patrz tylko na sciezke pod swoimi stopami". Ta sama sciezka chodza miejscowe kobiety z ogromnymi koszami na plecach, wypelnionymi trawa oraz galeziami.
Krysztaly swiatla
Zywy wodospad mocy
Swiezosc kreacji
(czwartek 9.06.2011)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz