5 grudnia 2011

Nitya Suryia



http://www.dekunstwei.nl/

Suryię poznałam w Rishikesh nad Gangesem, gdzie przebywałam przez ponad trzy miesiące, od początku grudnia 2008 do połowy marca 2009. Gdy go po raz pierwszy zobaczyłam, pomyślałam: „święty mąż”. I tak myślę o nim do dziś. Podróżując po Indiach spotykałam wielu „świętych mężów”, zarówno tubylczych jak i z Zachodu, ale często zewnętrzny wizerunek okazywał się tylko maską. Tak więc określenia „święty mąż” zaczęłam używać z przymrużeniem oka. Jednak nie w przypadku Suryi. W moim przekonaniu Nitya Suryia był (i jest) autentycznym świętym mężem.
Urodził się w Szwecji, ale wiele lat spędził w aśramach w Indiach. Gdy go widywałam w Rishikesh, miał ogoloną głowę, chodził ubrany w białe lungi (rodzaj długiej męskiej spódnicy), biały podkoszulek z długim rękawem oraz w sandały. Na szyi nosił malę. Podczas grudniowych i styczniowych lodowato zimnych poranków i wieczorów zakładał ciemnogranatowy gruby sweter oraz wełnianą czapkę z nausznikami.
Mieszkał w większym, dwuosobowym pokoju w jednym z licznych aśramów w Rishikesh. Był to „Shri Harihar Peeth Ashram” w dzielnicy Laxman Jhula, położony niemal dokładnie naprzeciwko „Ganga View Restaurant”. Potrzebował większego pokoju, ponieważ odwiedzali go ludzie, z którymi rozmawiał i być może wspólnie z nimi medytował. Na korytarzu, przed drzwiami swojego pokoju, gotował posiłki na turystycznej kuchence gazowej. Miał trochę swoich rzeczy, takich jak koce, chodniki na podłogę, garnki. Gdy opuszczał Rishikesh na dłuższy czas, zamykał je w metalowej skrzyni (co jest powszechną praktyką w Indiach) i zostawiał na przechowanie w aśramie. Do kolejnego swojego powrotu.
Nitya Suryia codziennie o godzinie 9 rano odprawiał ceremonię agnihotry na terenie aśramu „Sacha Dham”, w którym rezydował Sri Hans Raj Maharaji (zmarł 23.10.2011) i w którym w tamtych miesiącach przebywało i nauczało dwoje zachodnich mistrzów linii Sacha, Shanti Mayi (kobieta) i Prem Baba. W ceremonii agnihotry Suryi, trwającej mniej więcej pół godziny, uczestniczyło zazwyczaj kilka osób. Było to piękne błogosławieństwo ognia na cały dzień.
W czasie posiłków Suryia przesiadywał w restauracyjkach i rozmawiał z ludźmi, m.in. ze mną. Nieraz go widziałam, gdy spacerował z kimś, a także gdy uczestniczył w satsangach z Prem Babą lub z Shanti Mayi w „Sacha Dham Ashram”.

* * *
Któregoś popołudnia szliśmy razem zatłoczoną ulicą dzielnicy Laxman Jhula i zamierzaliśmy wejść do restauracji na herbatę. Podszedł do nas żebrak. Suryia spojrzał na niego z serdeczną uważnością. Następnie z uśmiechem i w skupieniu wydobył i otworzył swój portfel, wyjął z niego banknot o niedużym nominale i podał żebrzącemu tak, jakby wręczał mu cenny prezent. Porozmawiał chwilę ciepło z mężczyzną, a następnie serdecznie go pożegnał. To była jedna z piękniejszych scen, jakie zaobserwowałam w Indiach.

Gdy po raz pierwszy rozmawiałam z Suryią (zaprosił mnie do swojego stolika w „Ganga View Restaurant” i razem zjedliśmy posiłek w porze między lunchem a kolacją), powiedziałam mu, że poszukuję samej siebie, siebie autentycznej. Że chcę usłyszeć swój własny głos i zobaczyć siebie w postaci czystej, niejako rozebranej z opinii i oczekiwań innych ludzi. Na co on odpowiedział pytaniem: „Czy to w ogóle jest możliwe? Bądź oceanem miłości”. W pierwszej chwili zabrzmiało to dla mnie nazbyt patetycznie i ogólnikowo, ale później uświadomiłam sobie, że faktycznie wciąż oddzielam się od ludzi. Z jednej strony widzę siebie, a z drugie strony innych. Jakbyśmy stali na dwóch końcach mostu. Może właśnie dlatego stale czuję się jak przybysz z innej planety? Być może stąd bierze się moje ustawiczne poczucie samotności?

- Lubię „Pyramid Cafe”, ale uwielbiam przesiadywać w „Ganga View Restaurant”. Spotykam tu tyle miłych ludzi i moja miłość wzrasta – powiedział podczas śniadania Suryia, po czym zamknął oczy i lekko pochylił głowę, jakby chciał umieścić to wyrażone słowami doświadczenie we własnym sercu.

- Nigdy nie tracisz, gdy dajesz - powiedział innym razem.

- Czy ty widzisz człowieka, gdy ze mną rozmawiasz? - zapytał mnie podczas jednej z naszych rozmów.

- Ty nie potrzebujesz Mistrza w znaczeniu człowieka, na przykład takiego jak ja. Szukaj Mistrza, który jest wewnątrz ciebie – odpowiedział pewnego razu na moje niewyrażone słowami pragnienie, aby spotkać swojego Mistrza.

- Jesteś moim Nauczycielem - zwrócił się do mnie z łagodnym uśmiechem.
Poczułam się zdziwiona jego słowami, ale też wywyższona. Moje ego zadarło nosa do góry. Jednak kilka miesięcy później sama zaczęłam widzieć w napotykanych ludziach swoich Nauczycieli i dopiero wówczas zrozumiałam.

- Nie jem śniadania przed ceremonią agnihotry. Piję tylko masala czaj - powiedział kiedyś Suryia.
- To znaczy, że twoim pierwszym posiłkiem jest lunch? - zapytałam.
- BRUNCH (breakfast + lunch) - sprostował z uśmiechem.
Roześmiałam się serdecznie. Pomyślałam, że w takim razie moim drugim i ostatnim posikiem w ciągu dnia jest LUNNER (lunch + dinner).

* * *
zdjęcie z internetu
Gdy spędzałam czas z Suryią w Rishikesh, po prostu delektowałam się jego obecnością. Taką uważnością i miłością otaczał każdego. Rozmowy z nim były przyjemne, a udzielane rady trafne. Czasami nie potrafił dać odpowiedzi natychmiast. Potrzebował chwili medytacji. Zdarzało się też, że miał rozwiązanie na następny dzień albo nawet za kilka dni. Ale zawsze był to tzw. „strzał w dziesiątkę”. Jego mądrość nie pochodziła z przeczytanych książek i z zasłyszanych słów, lecz ze Źródła. Poczucie humoru Suryi było ciepłe i nigdy nie raniło. Fascynował mnie, ale – jak teraz to widzę – nie rozumiałam istoty jego słów. Odbierałam je z poziomu intelektu, a nie z poziomu serca.
Od mojego spotkania z Suryią upłynęły prawie trzy lata. Jechałam w Krakowie tramwajem. Obserwowałam ludzi, którzy siedzieli, stali, wsiadali. Przypatrywałam się twarzom, ubraniom, ludzkim reakcjom. Przysłuchiwałam się fragmentom rozmów. I nagle poczułam, jak bardzo są mi oni bliscy w swoich wysiłkach, aby żyć jak najlepiej – jakkolwiek by to rozumieli. I wtedy poczułam, że kocham ich wszystkich, i zobaczyłam Suryię mówiącego „Spotykam tu tyle miłych ludzi i moja miłość wzrasta”. Gdy usłyszałam te słowa w Rishikesh, uznałam je za piękne, ale nieco śmieszne w swym patosie. Tego dnia w Krakowie stały się moją rzeczywistością.