23 czerwca 2011

Indyjskie impresje 6

Japonsko-polskie love story movie na wolnym powietrzu
Zobaczylam go w Manali. Siedzial na schodach jednego z przyulicznych sklepikow i poruszal glowa jakiegos zachodniego turysty. "Pewnie kregarz"- pomyslalam. Ale nie to bylo najwazniejsze. Cala jego postac byla tak malownicza i pelna emocjonalnego ciepla, ze moja dusza kilkakrotnie podskoczyla z zamaszystym wymachem niewidzialnych nog. Nasze oczy spotkaly sie, zasmialy sie do siebie nawzajem, objely radosnym porozumieniem. Ujrzalam, ze jego dusza tez zatanczyla z zywiolowym przytupem. Krotko mowiac, oboje poczulismy sie tak, jakbysmy sie znali od zawsze. Wygladal, jakby przybyl prosto z mongolskich stepow. "Powinien galopowac na koniu i pejczem poganiac stado bydla, wydajac z siebie pierwotne dzikie okrzyki"- fantazjowalam na jego temat, dorabiajac mu zyciorys. Z drugiej zas strony, mial w sobie cos z samuraja. Moja uwage najbardziej przyciagnely jego oczy: pelne smiechu i milosci do calego swiata. A ponadto - jego dluga siwa broda oraz wlosy z tylu skrecone w cienki, bardzo sztywny warkoczyk i przewiazane kolorowa chusta. Nastepnego dnia podeszlam do niego, zagadnelam, on podskoczyl, zakrecil sie kolo mnie i poczestowal mnie herbata. I tak rozpoczela sie nasza krotkotrwala znajomosc. "Jak dlugo jeszcze zostajesz w Manali?"- zapytal. "Trzy dni"- odpowiedzialam. "O!"- wydal z siebie dzwiek w tonacji charakterystycznej dla Krecika z czeskiej dobranocki dla dzieci. Jak sie pozniej okazalo, to "O!" bylo rowniez charakterystyczne dla niego. Nie byl z Mongolii. Pochodzil z Japonii, z wyspy Okinawa. Mial na imie Richard i byl 58-latkiem. Podrozowal od kilku miesiecy po swiecie, dorabiajac sobie masazem tajskim oraz refleksologia.

22 czerwca 2011

Indyjskie impresje 5

Manali - "Home of Manu" (w tym miejscu osiadla lodz Manu po potopie i tu Manu odudowal zycie na ziemi po zniszczeniu swiata)
Manali i okolice - to swiat gigantycznych przestrzeni i form.
Jak rzeka - to jakby kilka rzek naraz.
Jak gora - to na 4/5 nieba.
Jak dolina - to glebia nad glebiami.
Jak drzewo - to az do nieba.
Jak kamien - to jakby glowa dinozaura wygrzebujacego sie spod ziemi.
Jak wodospad - to wielka woda spadajaca gdzies spod nieba.
Jak szum - to jakby gorska rwaca rzeka przeplywala przeze mnie.

Plynie przeze mnie
Potezna rzeka swiatla
Usuwa ciemnosc

Manali - to wszechogarniajacy szum: rzek, wodospadow i lasow. Gdy w nocy pada deszcz, jest prawie nieslyszalny w tym ogolnym szumie. Jestem skapana i po brzegi wypelniona tym szumem.
Motyle - malenkie blekitne, wieksze biale, cytrynowe, miodowo-kolorowe. Tancza swoj motyli taniec. Wokol moich nog, unosza sie nad krzakami, spijaja nektar z kwiatow.
(piatek, 3.06.2011)

20 czerwca 2011

Indyjskie impresje 4

Dhiya
W domu Sobha i Aneethy, w ktorym mieszkam juz 12 dni, jest dwoje dzieci: 6-letnia Dhiya i 12-letni Bhanu. Przez pierwszy tydzien ta dwojka spogladala na mnie spode lba. Dziewczynka pierwsza nawiazala kontakt pytaniem, jak mam na imie. Gdy juz sie dowiedziala, ze Asha, wciaz sie krecila wokol mnie, a wraz z nia tlumek dzieciakow z sasiedztwa i caly ten drobiazg wolal: "Asha, Asha, Asha...!" Wczoraj wieczorem Dhiya i Bhanu porozkladali przede mna swoje szkolne podreczniki, zeszyty, ksiazki, ktore czytaja, rozmaite prace (oboje chodza do szkoly Montessori w New Manali), a potem zaprowadzili do swojego kacika pod schodami i pokazali swoje zabawki oraz swoje dzieciece skarby. Dzisiaj Dhiya przyprowadzila pod moje okno swoje przyjaciolki i mialam cos w rodzaju domowego przedszkola na balkonie. Gdy Dhiya widzi, ze wracam do pokoju, natychmiast pojawia sie pod moim oknem i drzwiami. Zaczal mnie niepokoic ten brak prywatnosci, ktora dla mnie jest bardzo wazna, ale... Przed chwila Dhiya ogolocila krzak bialej rozy, robiac spory bukiecik. Krecila sie i krecila, chowala dlon za plecami, a jej minka mowila, ze dziewczynka cos kombinuje. W koncu podjela meska decyzje. Wyciagnela reke z rozami w moim kierunku, powiedziala "for you" i... blyskawicznie zwiala. A ja stalam z tym bukiecikiem oniemiala i serce mi topnialo. (niedziela 12.06.2011)

Poranne chmurki
Chmurki byly trzy i byly wyrazne na tle zielonej zalesionej gory. Zaczelam obserwowac jedna z nich. Przyjela forme glowy szczesliwego teriera. Za chwile leb teriera pochylil sie depresyjnie. W nastepnej chwili transformowal w glowe ptaka z zakrzywionym dziobem. A za moment chmura stracila swoja gestosc i calkowicie zniknela. Byla i juz jej nie bylo. Pierwszy raz cos takiego zobaczylam, wiec zaczelam obserwowac kolejne chmury. To samo. Pyk! Pojawia sie znikad obloczek. Jest gesciutki, bialutki, ma jakies konkretne lub abstrakcyjne ksztalty. Potem rozrzedza sie. Pyk! I obloczka NIE MA. A ze ostatnio pracuje nad rozpuszczaniem blokad w energii swiatla i milosci, ten obrazek chmur skojarzyl mi sie z tym wlasnie procesem. Jest blokada. Rozpuszczam ja w swietle. I blokady nie ma. Ha! (czwartek 2.06.2011)


Indyjskie impresje 3

A KAR A ME TU TI SO NA PO SZI SZI MAL MAL   "Obysmy oczyscili umysl z nasion nienawisci, przywiazania i niewiedzy i odcinajac zwatpienie odnalezli blogosc w czystej podstawie". To mantra, ktora dostalam w Menri Monastery i ktora od tego czasu towarzyszy mi codziennie. Ponadto, przygladajac sie nowemu guestmasterowi Menri Guest House, zrozumialam, jak wielka krzywde mozna uczynic samemu sobie  brakiem wybaczenia i pielegnowaniem gniewu. Slowa Jezusa, ze nalezy przebaczac nie 7, a 77 razy, czyli zawsze, zawsze, bez wyjatku zawsze i wszystko, dotarly wreszcie nie tylko do mojego umyslu, ale przede wszystkim serca.

"Jezus z Nazaretu byl mistrzem, ktory urzeczywistnil Cialo Teczowego Swiatla jako finalny rezultat praktyki dzogczen. Wprawdzie jego publiczne nauki zostaly przekazane w formie przypowiesci i tak sa zachowane w kanonicznych ksiegach oraz w Kosciele, to jednak jego faktyczne nauki mialy nature ezoteryczna i byly kierowane tylko do bliskiej grupy uczniow pod przewodnictwem Marii Magdaleny, i te wlasnie nauki zostaly czesciowo zachowane w kosciele gnostyckim. Bliski zwiazek ezoterycznych i gnostyckich nauk Jezusa z naukami buddyjskimi oraz dzogczen jest wyrazny". ("Yungdrung Bon - the eternal tradition" by John Myrdhin Reynolds, 1991)

Lingam to nie tylko symbol falliczny. "Podstawowe znaczenie to slup ognia, ale lingam ma trzy nakladajace sie na siebie znaczenia: slup ognia jako symbol ognia kosmicznego, fallus jako dawca zycia i jako os swiata". Ponadto "Lingam jest atrybutem boga Siwy (...). Wprawdzie lingam jest rowniez symbolem sily stworczej, jednoczesnie jednak symbolizuje <pozbawiony ksztaltu ksztalt>, niejako cos w rodzaju ducha swiata, i przewaznie wystepuje razem z joni, <matczynym lonem>, symbolem rodzacych sil natury. Joni stanowi cokol, z ktorego wznosi sie lingam". (Erich von Daeniken, "Czy sie mylilem? Nowe wspomnienia z przyszlosci", przel. Ryszard Turczyn, Warszawa 1990, s. 145; 138-139)


10 czerwca 2011

Indyjskie impresje 2

Wioska Naggar. Slynna z XVI-wiecznego zamku, licznych hinduistycznych swiatynek oraz galerii rosyjskiego malarza Nicholasa Roericha. 20 km od Manali. Moim towarzyszem jest Jirka z Pragi. Jedziemy autobusem lokalnym (bilet w dwie strony kosztuje 50 Rs, natomiast taxi 700 Rs). Zdumiewajaco latwo wszystko idzie. Jestesmy na placu autobusowym troche po godz. 7.00. Pytam jednego z kierowcow o autobus do Naggar. Pokazuje zielony autobus gotowy do odjazdu. Wyruszamy za 10 minut i jedziemy 1 godzine. Kobiety rozkladaja na drodze wiazku zboza. Samochody po nich przejezdzaja. Tak wyglada lokalna mlocka. Po poludniu kobiety zbieraja ziarno i usuwaja slome z drogi.
Zamek, kilka swiatynek, restauracyjki, galeria sa polozone na wzgorzu wznoszacym sie ponad wioska. Stad rozposcieraja sie zachwycajace przestrzenne widoki.
Ale naprawde zachwycilam sie domem, a przede wszystkim obrazami Nicholasa Roericha. Glownie malowal gorskie szczyty, pejzaze Ladakhu, tubylcza ludnosc. Nie potrafie nazwac jego stylu, ale zachwycilam sie jak rzadko kiedy, bo w jego malowidlach ujrzalam talent, dusze, piekno i milosc.
Gdy schodzilismy z galerii Roericha, zaprosila nas do swojej galerii, na wystawe pt. "Sacred Spaces", intrygujaca, pelna ciepla kobieta. Niby Europejka, niby hinduska. W wieku na oko 55 lat. Okazala sie malarka, Carol Frazer. Miala 73 lata. Urodzila sie w Wielkiej Brytanii, ale wiekszosc zycia spedzila w Indiach, glownie w Himalajach, w Ladakhu, poszukujac duchowosci, a nastepnie podazajac swa sciezka duchowa. Wydala ksiazke o Ladakhu, a jej obrazy okreslilabym jako objawienia madrosci duszy. W duzej czesci byly to pejzaze, ale przekazywaly one czastke objawienia.
Poczulam sie taka syta i szczesliwa po tych dwoch spotkaniach ze sztuka.
(sroda 8.06.2011)

Wycieczka do wodospadu. Z Vashisth do Old Manali. Okolo 6 godzin z kilkoma dluzszymi postojami. Powrotna droga przez jablkowe sady oraz zalesione spadziste zbocze gory. Sciezka do wodospadu momentami jest bardzo waska i nad przepascista glebia. Zamieram, bo takie ekspozycje to wciaz moj slaby punkt. Nastepnie odgrywam 1-minutowa scenke pt. "Panikara nad przepascia". Scenka jest bardzo ekspresywna i dwoje widzow, Sobha z Manali i Jirka z Pragi, oglada ja z zapartym tchem. Koncze przedstawienie i decyduje sie przeskoczyc z jednej skalnej polki na druga, majac slaba nadzieje, ze moze nie spadne w przepasc. Tylko ze skala przy tej polce jest taka, ze wedlug mnie powinnam miec wklesly biust, bo inaczej sie nie da bezpiecznie do niej przytulic. Jak ci dwaj to przeszli??? Biore gleboki oddech i ... Sobha, widzac zapewne smiertelna desperacje w moich oczach, wybiera dla mnie okrezna droge, a w innych miejscach juz tylko podaje dlon. Na owej okreznej drodze mam wrazenie, ze zaraz sie stocze w dol w wersji kamiennej lawiny. W koncu zywa docieram do wodospadu i tu slowa przestaja pelnic swa funkcje. Jesli chodzi o TEN wodospad, to opanowuja mnie niewyrazalne slowami emocje oraz 1 angielskie slowo "power", ktore wydaje mi sie bardziej adekwatne niz polskie "potega", "moc" czy "sila". To jedno z tych doswiadczen, kiedy staje sie jasne, ze jezyk ludzi sluzy jedynie do mniej lub bardziej powierzchownej komunikacji, natomiast wyrazanie glebi to domena szeroko pojetej sztuki. Albo milczenia. No bo co moge powiedziec o tym wodospadzie? Ze piekny, ze wspanialy, gigantyczny, pelen "poweru", z rozwiewana przez wiatr woda, pelen slonca, krystalicznej czystosci, swiezosci...? Tak, to prawda, ale te slowa nie oddaja duszy tego wodospadu oraz jej przekazu wprost do mojej duszy, tego cennego bezposredniego porozumienia dwoch dusz. Fotografia? Pokazuje martwy wodospad. Tylko jego niedoskonala forme zewnetrzna. Podczas drogi powrotnej nowa skala, przepasc, panika, dlon podana przez Sobha i slowa: "Nigdy, ale to nigdy nie patrz w dol. Zawsze patrz tylko na sciezke pod swoimi stopami". Ta sama sciezka chodza miejscowe kobiety z ogromnymi koszami na plecach, wypelnionymi trawa oraz galeziami.

Krysztaly swiatla
Zywy wodospad mocy
Swiezosc kreacji

(czwartek 9.06.2011)



3 czerwca 2011

Indyjskie impresje 1

Gdy patrzy sie na chmury z ziemi, wydaja sie plaskie. Ale gdy leci sie nad lub pomiedzy nimi, wygladaja jak lodowe gory o wyszukanych ksztaltach lub arktyczne zaspy sniezne lsniace w sloncu. Jedna z chmur utworzyla twarz smiejacego sie chlopca z rozwianymi lokami. Dostrzegam podobienstwo do aniolkow z barokowych kosciolow i malowidel. (pt 20.05.2011)

ISBT to Glowny Dworzec Autobusowy w Delhi. Faktycznie to jedna wielka blotnista kaluza, sporo straganow i sprzedawcow, indyjskich ubogich i zwyczajnych podroznych, gorszych i nieco lepszych autobusow. Brak rozkladu jazdy, tablic autobusowych w jezyku angielskim, okienka z informacja, mezczyzna sprzedajacy bilety nie zna angielskiego. Obchodze dookola autobus, ktory ewentualnie moglby byc ekskluzywnym volvo busem do Solan, na ktory zarezerwowalam sobie bilet on-line. Nagle przede mna pojawia sie rozesmiana hinduska dziewczyna. "Pomoc ci w czyms? Wygladasz na zagubiona" - mowi z promienna zyczliwoscia. No tak, zdecydowanie potrzebuje pomocy w znalezieniu mojego autobusu - dopiero w tym momencie uswiadamiam to sobie. Amreen i jej chlopak dowiaduja sie o moj autobus, upewniaja sie co do wszystkich szczegolow, dopilnowuja, aby sprzedawca biletow wpisal numer mojego zarezerwowanego miejsca na liste podroznych, pomagaja wniesc plecak do bagaznika, czestuja mietowym cukierkiem. Daja rade na przyszlosc, aby nie rezerwowac on-line biletow na autobus w Indiach. Wyglada na to, ze Amreen to pierwszy aniol w ludzkiej postaci, ktorego spotkalam w swojej indyjskiej podrozy. (nd 22.05.2011)

Pierwszy wieczor w Dolanji, w Menri, Bonpo Monastery. Siedze na tarasie guest house'u. Nade mna niewyobrazalna ilosc gwiazd. Cos w rodaju gwiezdzistego dywanu nad moja glowa. Dawno juz nie widzialam tylu intensywnie swiecacych gwiazd. Przypominam sobie, ze to jedna z "ofert" Dolanji. Nagle serce mi podskakuje z radosci - widze spadajaca gwiazde!
Gdy juz nasycilam sie widokiem rozgwiezdzonego nieba, dotarlo do mnie, ze cala dolina, jak dluga, szeroka i gleboka, gra. To swierszcze lub cykady (niestety, nie rozrozniam).Zanurzam sie  muzyce swierszczy i gwiazd. Trwa to prawie przez cala noc.
O poranku budza mnie glosy ptakow. Brzmi to tak, jakby wszystkie ptaki z okolicy zlecialy sie wlasnie do tej doliny. Czyli pierwsze wrazenie to gwiazdy, swierszcze i ptaki. (pn 23.05.2011)