Japonsko-polskie love story movie na wolnym powietrzu
Zobaczylam go w Manali. Siedzial na schodach jednego z przyulicznych sklepikow i poruszal glowa jakiegos zachodniego turysty. "Pewnie kregarz"- pomyslalam. Ale nie to bylo najwazniejsze. Cala jego postac byla tak malownicza i pelna emocjonalnego ciepla, ze moja dusza kilkakrotnie podskoczyla z zamaszystym wymachem niewidzialnych nog. Nasze oczy spotkaly sie, zasmialy sie do siebie nawzajem, objely radosnym porozumieniem. Ujrzalam, ze jego dusza tez zatanczyla z zywiolowym przytupem. Krotko mowiac, oboje poczulismy sie tak, jakbysmy sie znali od zawsze. Wygladal, jakby przybyl prosto z mongolskich stepow. "Powinien galopowac na koniu i pejczem poganiac stado bydla, wydajac z siebie pierwotne dzikie okrzyki"- fantazjowalam na jego temat, dorabiajac mu zyciorys. Z drugiej zas strony, mial w sobie cos z samuraja. Moja uwage najbardziej przyciagnely jego oczy: pelne smiechu i milosci do calego swiata. A ponadto - jego dluga siwa broda oraz wlosy z tylu skrecone w cienki, bardzo sztywny warkoczyk i przewiazane kolorowa chusta. Nastepnego dnia podeszlam do niego, zagadnelam, on podskoczyl, zakrecil sie kolo mnie i poczestowal mnie herbata. I tak rozpoczela sie nasza krotkotrwala znajomosc. "Jak dlugo jeszcze zostajesz w Manali?"- zapytal. "Trzy dni"- odpowiedzialam. "O!"- wydal z siebie dzwiek w tonacji charakterystycznej dla Krecika z czeskiej dobranocki dla dzieci. Jak sie pozniej okazalo, to "O!" bylo rowniez charakterystyczne dla niego. Nie byl z Mongolii. Pochodzil z Japonii, z wyspy Okinawa. Mial na imie Richard i byl 58-latkiem. Podrozowal od kilku miesiecy po swiecie, dorabiajac sobie masazem tajskim oraz refleksologia.
Zobaczylam go w Manali. Siedzial na schodach jednego z przyulicznych sklepikow i poruszal glowa jakiegos zachodniego turysty. "Pewnie kregarz"- pomyslalam. Ale nie to bylo najwazniejsze. Cala jego postac byla tak malownicza i pelna emocjonalnego ciepla, ze moja dusza kilkakrotnie podskoczyla z zamaszystym wymachem niewidzialnych nog. Nasze oczy spotkaly sie, zasmialy sie do siebie nawzajem, objely radosnym porozumieniem. Ujrzalam, ze jego dusza tez zatanczyla z zywiolowym przytupem. Krotko mowiac, oboje poczulismy sie tak, jakbysmy sie znali od zawsze. Wygladal, jakby przybyl prosto z mongolskich stepow. "Powinien galopowac na koniu i pejczem poganiac stado bydla, wydajac z siebie pierwotne dzikie okrzyki"- fantazjowalam na jego temat, dorabiajac mu zyciorys. Z drugiej zas strony, mial w sobie cos z samuraja. Moja uwage najbardziej przyciagnely jego oczy: pelne smiechu i milosci do calego swiata. A ponadto - jego dluga siwa broda oraz wlosy z tylu skrecone w cienki, bardzo sztywny warkoczyk i przewiazane kolorowa chusta. Nastepnego dnia podeszlam do niego, zagadnelam, on podskoczyl, zakrecil sie kolo mnie i poczestowal mnie herbata. I tak rozpoczela sie nasza krotkotrwala znajomosc. "Jak dlugo jeszcze zostajesz w Manali?"- zapytal. "Trzy dni"- odpowiedzialam. "O!"- wydal z siebie dzwiek w tonacji charakterystycznej dla Krecika z czeskiej dobranocki dla dzieci. Jak sie pozniej okazalo, to "O!" bylo rowniez charakterystyczne dla niego. Nie byl z Mongolii. Pochodzil z Japonii, z wyspy Okinawa. Mial na imie Richard i byl 58-latkiem. Podrozowal od kilku miesiecy po swiecie, dorabiajac sobie masazem tajskim oraz refleksologia.