16 lutego 2012

Te małpy jedne!

Małpka ze "świątyni małp"
 w  Kathmandu
W Indiach i Nepalu małpy żyją na wolności. Spotyka się je na ulicach miast i miasteczek, podczas spacerów po lesie, a nawet na terenie świątyń. W Kathmandu słynną świątynię Swayambhunath nazywa się nawet „świątynią małp”, ponieważ jest ich tam całe mnóstwo. Przewodniki ostrzegają turystów przed nimi, co nie jest całkiem bezpodstawne.

Ja miałam trzy przygody z małpami. Wszystkie w Riszikesz nad Gangesem. Pewnego popołudnia kupiłam sobie od ulicznego sprzedawcy owoców sporą kiść bananów. Miałam ochotę od razu zjeść jednego, więc zaczęłam obierać go ze skórki. Nagle dookoła mnie zrobiło się wielkie zamieszanie. Jak spod ziemi pojawiło się kilka małp. Z wrzaskiem wyrwały mi z ręki torbę z bananami i w mgnieniu oka wszystko pożarły, po czym, tak nagle jak się pojawiły, zniknęły. Z baaardzo głupią miną stałam na środku ulicy wśród porozrzucanych skórek po bananach, a tubylcy zaśmiewali się ze mnie.
Innym razem krzątałam się po swoim pokoju w hotelu. Miałam otwarte drzwi na balkon. W pewnej chwili poczułam, ze coś się dzieje za moimi plecami. Odwróciłam się i... pomyślałam, że chyba śnię. Na stole siedziała małpa i wyjadała moje migdały i orzechy z miseczki. Na szczęście należała do tych nieśmiałych i gdy na nią tupnęłam, uciekła przez drzwi.

Małpa z Riszikesz

Trzecie spotkanie było trochę straszne i śmieszne zarazem. Wyprałam sobie kilka rzeczy i powiesiłam je na sznurku na balkonie. Wszystko przypięłam klamerkami, bo wiał silny wiatr. Weszłam do pokoju, zamknęłam balkonowe drzwi i zabrałam się za czytanie książki. W pewnym momencie podniosłam wzrok i przez okno zobaczyłam na moim balkonie kilka małp. Bałam się do nich wyjść, żeby je przegonić, bo już wiedziałam, jak bardzo mogą być agresywne. Nagle przypomniało mi się coś, co kiedyś czytałam; że zwierzęta najpierw straszą siebie nawzajem mimiką oraz głosem i dopiero gdy ten sposób okaże się niewystarczający, zaczynają walczyć. Pomyślałam: „A co mi tam! Spróbuję!” Przybrałam gniewny wyraz twarzy, otworzyłam szeroko oczy, z palców utworzyłam szpony i wydałam z siebie straszliwy krzyk „łaaa!!!” No i miałam szczęście, że stałam za szybą zamkniętego okna. Małpa z furią rzuciła się na mnie, czyli w tym wypadku na szybę. Ale gdyby doszło do starcia bezpośredniego, na pewno nie wyszłabym z niego bez szwanku. Wolę nawet nie myśleć, jak by to mogło się skończyć. Małpa nie była głupia i zrozumiała, że nic mi nie zrobi, ale... coś jednak uczynić mogła i chciała. Patrząc mi bezczelnie w oczy, zaczęła odpinać klamerki od mojego prania, po czym ściągnęła moje majtki i popędziła z nimi na dachy okolicznych domów. Oniemiałam z oburzenia: „Jak ona mogła!!!” Po tym wydarzeniu chodziłam jakiś czas po Riszikesz rozglądając się za małpą, która gania w polskich majtkach firmy „Atlantic”. No i całą sobą poczułam ekspresję wykrzyknienia „Ty małpo jedna!”
Małpia rodzinka z lasu
nad Mc Leod Ganj
W lesie pomiędzy Mc Leod Ganj (Dharamsala) a Dharamkot widywałam natomiast całe rodziny małp. Niemal tak liczne jak rodziny indyjskie. Tatusiowie zamieniali się w siedzące posągi na murkach, mamusie karmiły i czyściły swoje maleństwa, a starsza dzieciarnia szalała i rozrabiała bez umiaru. Tamtejsze małpy tłumnie okupowały śmietniki, wybierając z nich resztki pożywienia. Wyglądało na to, że uważają je za bar szybkiej obsługi. Moje spotkania z małpami z Mc Leod Ganj satysfakcjonująco zaspokajały głód egzotyki, jednak bez dostarczania komiczno-traumatycznych wrażeń.

Zabawa małpiej dzieciarni

5 grudnia 2011

Nitya Suryia



http://www.dekunstwei.nl/

Suryię poznałam w Rishikesh nad Gangesem, gdzie przebywałam przez ponad trzy miesiące, od początku grudnia 2008 do połowy marca 2009. Gdy go po raz pierwszy zobaczyłam, pomyślałam: „święty mąż”. I tak myślę o nim do dziś. Podróżując po Indiach spotykałam wielu „świętych mężów”, zarówno tubylczych jak i z Zachodu, ale często zewnętrzny wizerunek okazywał się tylko maską. Tak więc określenia „święty mąż” zaczęłam używać z przymrużeniem oka. Jednak nie w przypadku Suryi. W moim przekonaniu Nitya Suryia był (i jest) autentycznym świętym mężem.
Urodził się w Szwecji, ale wiele lat spędził w aśramach w Indiach. Gdy go widywałam w Rishikesh, miał ogoloną głowę, chodził ubrany w białe lungi (rodzaj długiej męskiej spódnicy), biały podkoszulek z długim rękawem oraz w sandały. Na szyi nosił malę. Podczas grudniowych i styczniowych lodowato zimnych poranków i wieczorów zakładał ciemnogranatowy gruby sweter oraz wełnianą czapkę z nausznikami.
Mieszkał w większym, dwuosobowym pokoju w jednym z licznych aśramów w Rishikesh. Był to „Shri Harihar Peeth Ashram” w dzielnicy Laxman Jhula, położony niemal dokładnie naprzeciwko „Ganga View Restaurant”. Potrzebował większego pokoju, ponieważ odwiedzali go ludzie, z którymi rozmawiał i być może wspólnie z nimi medytował. Na korytarzu, przed drzwiami swojego pokoju, gotował posiłki na turystycznej kuchence gazowej. Miał trochę swoich rzeczy, takich jak koce, chodniki na podłogę, garnki. Gdy opuszczał Rishikesh na dłuższy czas, zamykał je w metalowej skrzyni (co jest powszechną praktyką w Indiach) i zostawiał na przechowanie w aśramie. Do kolejnego swojego powrotu.
Nitya Suryia codziennie o godzinie 9 rano odprawiał ceremonię agnihotry na terenie aśramu „Sacha Dham”, w którym rezydował Sri Hans Raj Maharaji (zmarł 23.10.2011) i w którym w tamtych miesiącach przebywało i nauczało dwoje zachodnich mistrzów linii Sacha, Shanti Mayi (kobieta) i Prem Baba. W ceremonii agnihotry Suryi, trwającej mniej więcej pół godziny, uczestniczyło zazwyczaj kilka osób. Było to piękne błogosławieństwo ognia na cały dzień.
W czasie posiłków Suryia przesiadywał w restauracyjkach i rozmawiał z ludźmi, m.in. ze mną. Nieraz go widziałam, gdy spacerował z kimś, a także gdy uczestniczył w satsangach z Prem Babą lub z Shanti Mayi w „Sacha Dham Ashram”.

* * *
Któregoś popołudnia szliśmy razem zatłoczoną ulicą dzielnicy Laxman Jhula i zamierzaliśmy wejść do restauracji na herbatę. Podszedł do nas żebrak. Suryia spojrzał na niego z serdeczną uważnością. Następnie z uśmiechem i w skupieniu wydobył i otworzył swój portfel, wyjął z niego banknot o niedużym nominale i podał żebrzącemu tak, jakby wręczał mu cenny prezent. Porozmawiał chwilę ciepło z mężczyzną, a następnie serdecznie go pożegnał. To była jedna z piękniejszych scen, jakie zaobserwowałam w Indiach.

Gdy po raz pierwszy rozmawiałam z Suryią (zaprosił mnie do swojego stolika w „Ganga View Restaurant” i razem zjedliśmy posiłek w porze między lunchem a kolacją), powiedziałam mu, że poszukuję samej siebie, siebie autentycznej. Że chcę usłyszeć swój własny głos i zobaczyć siebie w postaci czystej, niejako rozebranej z opinii i oczekiwań innych ludzi. Na co on odpowiedział pytaniem: „Czy to w ogóle jest możliwe? Bądź oceanem miłości”. W pierwszej chwili zabrzmiało to dla mnie nazbyt patetycznie i ogólnikowo, ale później uświadomiłam sobie, że faktycznie wciąż oddzielam się od ludzi. Z jednej strony widzę siebie, a z drugie strony innych. Jakbyśmy stali na dwóch końcach mostu. Może właśnie dlatego stale czuję się jak przybysz z innej planety? Być może stąd bierze się moje ustawiczne poczucie samotności?

- Lubię „Pyramid Cafe”, ale uwielbiam przesiadywać w „Ganga View Restaurant”. Spotykam tu tyle miłych ludzi i moja miłość wzrasta – powiedział podczas śniadania Suryia, po czym zamknął oczy i lekko pochylił głowę, jakby chciał umieścić to wyrażone słowami doświadczenie we własnym sercu.

- Nigdy nie tracisz, gdy dajesz - powiedział innym razem.

- Czy ty widzisz człowieka, gdy ze mną rozmawiasz? - zapytał mnie podczas jednej z naszych rozmów.

- Ty nie potrzebujesz Mistrza w znaczeniu człowieka, na przykład takiego jak ja. Szukaj Mistrza, który jest wewnątrz ciebie – odpowiedział pewnego razu na moje niewyrażone słowami pragnienie, aby spotkać swojego Mistrza.

- Jesteś moim Nauczycielem - zwrócił się do mnie z łagodnym uśmiechem.
Poczułam się zdziwiona jego słowami, ale też wywyższona. Moje ego zadarło nosa do góry. Jednak kilka miesięcy później sama zaczęłam widzieć w napotykanych ludziach swoich Nauczycieli i dopiero wówczas zrozumiałam.

- Nie jem śniadania przed ceremonią agnihotry. Piję tylko masala czaj - powiedział kiedyś Suryia.
- To znaczy, że twoim pierwszym posiłkiem jest lunch? - zapytałam.
- BRUNCH (breakfast + lunch) - sprostował z uśmiechem.
Roześmiałam się serdecznie. Pomyślałam, że w takim razie moim drugim i ostatnim posikiem w ciągu dnia jest LUNNER (lunch + dinner).

* * *
zdjęcie z internetu
Gdy spędzałam czas z Suryią w Rishikesh, po prostu delektowałam się jego obecnością. Taką uważnością i miłością otaczał każdego. Rozmowy z nim były przyjemne, a udzielane rady trafne. Czasami nie potrafił dać odpowiedzi natychmiast. Potrzebował chwili medytacji. Zdarzało się też, że miał rozwiązanie na następny dzień albo nawet za kilka dni. Ale zawsze był to tzw. „strzał w dziesiątkę”. Jego mądrość nie pochodziła z przeczytanych książek i z zasłyszanych słów, lecz ze Źródła. Poczucie humoru Suryi było ciepłe i nigdy nie raniło. Fascynował mnie, ale – jak teraz to widzę – nie rozumiałam istoty jego słów. Odbierałam je z poziomu intelektu, a nie z poziomu serca.
Od mojego spotkania z Suryią upłynęły prawie trzy lata. Jechałam w Krakowie tramwajem. Obserwowałam ludzi, którzy siedzieli, stali, wsiadali. Przypatrywałam się twarzom, ubraniom, ludzkim reakcjom. Przysłuchiwałam się fragmentom rozmów. I nagle poczułam, jak bardzo są mi oni bliscy w swoich wysiłkach, aby żyć jak najlepiej – jakkolwiek by to rozumieli. I wtedy poczułam, że kocham ich wszystkich, i zobaczyłam Suryię mówiącego „Spotykam tu tyle miłych ludzi i moja miłość wzrasta”. Gdy usłyszałam te słowa w Rishikesh, uznałam je za piękne, ale nieco śmieszne w swym patosie. Tego dnia w Krakowie stały się moją rzeczywistością.

23 czerwca 2011

Indyjskie impresje 6

Japonsko-polskie love story movie na wolnym powietrzu
Zobaczylam go w Manali. Siedzial na schodach jednego z przyulicznych sklepikow i poruszal glowa jakiegos zachodniego turysty. "Pewnie kregarz"- pomyslalam. Ale nie to bylo najwazniejsze. Cala jego postac byla tak malownicza i pelna emocjonalnego ciepla, ze moja dusza kilkakrotnie podskoczyla z zamaszystym wymachem niewidzialnych nog. Nasze oczy spotkaly sie, zasmialy sie do siebie nawzajem, objely radosnym porozumieniem. Ujrzalam, ze jego dusza tez zatanczyla z zywiolowym przytupem. Krotko mowiac, oboje poczulismy sie tak, jakbysmy sie znali od zawsze. Wygladal, jakby przybyl prosto z mongolskich stepow. "Powinien galopowac na koniu i pejczem poganiac stado bydla, wydajac z siebie pierwotne dzikie okrzyki"- fantazjowalam na jego temat, dorabiajac mu zyciorys. Z drugiej zas strony, mial w sobie cos z samuraja. Moja uwage najbardziej przyciagnely jego oczy: pelne smiechu i milosci do calego swiata. A ponadto - jego dluga siwa broda oraz wlosy z tylu skrecone w cienki, bardzo sztywny warkoczyk i przewiazane kolorowa chusta. Nastepnego dnia podeszlam do niego, zagadnelam, on podskoczyl, zakrecil sie kolo mnie i poczestowal mnie herbata. I tak rozpoczela sie nasza krotkotrwala znajomosc. "Jak dlugo jeszcze zostajesz w Manali?"- zapytal. "Trzy dni"- odpowiedzialam. "O!"- wydal z siebie dzwiek w tonacji charakterystycznej dla Krecika z czeskiej dobranocki dla dzieci. Jak sie pozniej okazalo, to "O!" bylo rowniez charakterystyczne dla niego. Nie byl z Mongolii. Pochodzil z Japonii, z wyspy Okinawa. Mial na imie Richard i byl 58-latkiem. Podrozowal od kilku miesiecy po swiecie, dorabiajac sobie masazem tajskim oraz refleksologia.

22 czerwca 2011

Indyjskie impresje 5

Manali - "Home of Manu" (w tym miejscu osiadla lodz Manu po potopie i tu Manu odudowal zycie na ziemi po zniszczeniu swiata)
Manali i okolice - to swiat gigantycznych przestrzeni i form.
Jak rzeka - to jakby kilka rzek naraz.
Jak gora - to na 4/5 nieba.
Jak dolina - to glebia nad glebiami.
Jak drzewo - to az do nieba.
Jak kamien - to jakby glowa dinozaura wygrzebujacego sie spod ziemi.
Jak wodospad - to wielka woda spadajaca gdzies spod nieba.
Jak szum - to jakby gorska rwaca rzeka przeplywala przeze mnie.

Plynie przeze mnie
Potezna rzeka swiatla
Usuwa ciemnosc

Manali - to wszechogarniajacy szum: rzek, wodospadow i lasow. Gdy w nocy pada deszcz, jest prawie nieslyszalny w tym ogolnym szumie. Jestem skapana i po brzegi wypelniona tym szumem.
Motyle - malenkie blekitne, wieksze biale, cytrynowe, miodowo-kolorowe. Tancza swoj motyli taniec. Wokol moich nog, unosza sie nad krzakami, spijaja nektar z kwiatow.
(piatek, 3.06.2011)

20 czerwca 2011

Indyjskie impresje 4

Dhiya
W domu Sobha i Aneethy, w ktorym mieszkam juz 12 dni, jest dwoje dzieci: 6-letnia Dhiya i 12-letni Bhanu. Przez pierwszy tydzien ta dwojka spogladala na mnie spode lba. Dziewczynka pierwsza nawiazala kontakt pytaniem, jak mam na imie. Gdy juz sie dowiedziala, ze Asha, wciaz sie krecila wokol mnie, a wraz z nia tlumek dzieciakow z sasiedztwa i caly ten drobiazg wolal: "Asha, Asha, Asha...!" Wczoraj wieczorem Dhiya i Bhanu porozkladali przede mna swoje szkolne podreczniki, zeszyty, ksiazki, ktore czytaja, rozmaite prace (oboje chodza do szkoly Montessori w New Manali), a potem zaprowadzili do swojego kacika pod schodami i pokazali swoje zabawki oraz swoje dzieciece skarby. Dzisiaj Dhiya przyprowadzila pod moje okno swoje przyjaciolki i mialam cos w rodzaju domowego przedszkola na balkonie. Gdy Dhiya widzi, ze wracam do pokoju, natychmiast pojawia sie pod moim oknem i drzwiami. Zaczal mnie niepokoic ten brak prywatnosci, ktora dla mnie jest bardzo wazna, ale... Przed chwila Dhiya ogolocila krzak bialej rozy, robiac spory bukiecik. Krecila sie i krecila, chowala dlon za plecami, a jej minka mowila, ze dziewczynka cos kombinuje. W koncu podjela meska decyzje. Wyciagnela reke z rozami w moim kierunku, powiedziala "for you" i... blyskawicznie zwiala. A ja stalam z tym bukiecikiem oniemiala i serce mi topnialo. (niedziela 12.06.2011)

Poranne chmurki
Chmurki byly trzy i byly wyrazne na tle zielonej zalesionej gory. Zaczelam obserwowac jedna z nich. Przyjela forme glowy szczesliwego teriera. Za chwile leb teriera pochylil sie depresyjnie. W nastepnej chwili transformowal w glowe ptaka z zakrzywionym dziobem. A za moment chmura stracila swoja gestosc i calkowicie zniknela. Byla i juz jej nie bylo. Pierwszy raz cos takiego zobaczylam, wiec zaczelam obserwowac kolejne chmury. To samo. Pyk! Pojawia sie znikad obloczek. Jest gesciutki, bialutki, ma jakies konkretne lub abstrakcyjne ksztalty. Potem rozrzedza sie. Pyk! I obloczka NIE MA. A ze ostatnio pracuje nad rozpuszczaniem blokad w energii swiatla i milosci, ten obrazek chmur skojarzyl mi sie z tym wlasnie procesem. Jest blokada. Rozpuszczam ja w swietle. I blokady nie ma. Ha! (czwartek 2.06.2011)


Indyjskie impresje 3

A KAR A ME TU TI SO NA PO SZI SZI MAL MAL   "Obysmy oczyscili umysl z nasion nienawisci, przywiazania i niewiedzy i odcinajac zwatpienie odnalezli blogosc w czystej podstawie". To mantra, ktora dostalam w Menri Monastery i ktora od tego czasu towarzyszy mi codziennie. Ponadto, przygladajac sie nowemu guestmasterowi Menri Guest House, zrozumialam, jak wielka krzywde mozna uczynic samemu sobie  brakiem wybaczenia i pielegnowaniem gniewu. Slowa Jezusa, ze nalezy przebaczac nie 7, a 77 razy, czyli zawsze, zawsze, bez wyjatku zawsze i wszystko, dotarly wreszcie nie tylko do mojego umyslu, ale przede wszystkim serca.

"Jezus z Nazaretu byl mistrzem, ktory urzeczywistnil Cialo Teczowego Swiatla jako finalny rezultat praktyki dzogczen. Wprawdzie jego publiczne nauki zostaly przekazane w formie przypowiesci i tak sa zachowane w kanonicznych ksiegach oraz w Kosciele, to jednak jego faktyczne nauki mialy nature ezoteryczna i byly kierowane tylko do bliskiej grupy uczniow pod przewodnictwem Marii Magdaleny, i te wlasnie nauki zostaly czesciowo zachowane w kosciele gnostyckim. Bliski zwiazek ezoterycznych i gnostyckich nauk Jezusa z naukami buddyjskimi oraz dzogczen jest wyrazny". ("Yungdrung Bon - the eternal tradition" by John Myrdhin Reynolds, 1991)

Lingam to nie tylko symbol falliczny. "Podstawowe znaczenie to slup ognia, ale lingam ma trzy nakladajace sie na siebie znaczenia: slup ognia jako symbol ognia kosmicznego, fallus jako dawca zycia i jako os swiata". Ponadto "Lingam jest atrybutem boga Siwy (...). Wprawdzie lingam jest rowniez symbolem sily stworczej, jednoczesnie jednak symbolizuje <pozbawiony ksztaltu ksztalt>, niejako cos w rodzaju ducha swiata, i przewaznie wystepuje razem z joni, <matczynym lonem>, symbolem rodzacych sil natury. Joni stanowi cokol, z ktorego wznosi sie lingam". (Erich von Daeniken, "Czy sie mylilem? Nowe wspomnienia z przyszlosci", przel. Ryszard Turczyn, Warszawa 1990, s. 145; 138-139)


10 czerwca 2011

Indyjskie impresje 2

Wioska Naggar. Slynna z XVI-wiecznego zamku, licznych hinduistycznych swiatynek oraz galerii rosyjskiego malarza Nicholasa Roericha. 20 km od Manali. Moim towarzyszem jest Jirka z Pragi. Jedziemy autobusem lokalnym (bilet w dwie strony kosztuje 50 Rs, natomiast taxi 700 Rs). Zdumiewajaco latwo wszystko idzie. Jestesmy na placu autobusowym troche po godz. 7.00. Pytam jednego z kierowcow o autobus do Naggar. Pokazuje zielony autobus gotowy do odjazdu. Wyruszamy za 10 minut i jedziemy 1 godzine. Kobiety rozkladaja na drodze wiazku zboza. Samochody po nich przejezdzaja. Tak wyglada lokalna mlocka. Po poludniu kobiety zbieraja ziarno i usuwaja slome z drogi.
Zamek, kilka swiatynek, restauracyjki, galeria sa polozone na wzgorzu wznoszacym sie ponad wioska. Stad rozposcieraja sie zachwycajace przestrzenne widoki.
Ale naprawde zachwycilam sie domem, a przede wszystkim obrazami Nicholasa Roericha. Glownie malowal gorskie szczyty, pejzaze Ladakhu, tubylcza ludnosc. Nie potrafie nazwac jego stylu, ale zachwycilam sie jak rzadko kiedy, bo w jego malowidlach ujrzalam talent, dusze, piekno i milosc.
Gdy schodzilismy z galerii Roericha, zaprosila nas do swojej galerii, na wystawe pt. "Sacred Spaces", intrygujaca, pelna ciepla kobieta. Niby Europejka, niby hinduska. W wieku na oko 55 lat. Okazala sie malarka, Carol Frazer. Miala 73 lata. Urodzila sie w Wielkiej Brytanii, ale wiekszosc zycia spedzila w Indiach, glownie w Himalajach, w Ladakhu, poszukujac duchowosci, a nastepnie podazajac swa sciezka duchowa. Wydala ksiazke o Ladakhu, a jej obrazy okreslilabym jako objawienia madrosci duszy. W duzej czesci byly to pejzaze, ale przekazywaly one czastke objawienia.
Poczulam sie taka syta i szczesliwa po tych dwoch spotkaniach ze sztuka.
(sroda 8.06.2011)

Wycieczka do wodospadu. Z Vashisth do Old Manali. Okolo 6 godzin z kilkoma dluzszymi postojami. Powrotna droga przez jablkowe sady oraz zalesione spadziste zbocze gory. Sciezka do wodospadu momentami jest bardzo waska i nad przepascista glebia. Zamieram, bo takie ekspozycje to wciaz moj slaby punkt. Nastepnie odgrywam 1-minutowa scenke pt. "Panikara nad przepascia". Scenka jest bardzo ekspresywna i dwoje widzow, Sobha z Manali i Jirka z Pragi, oglada ja z zapartym tchem. Koncze przedstawienie i decyduje sie przeskoczyc z jednej skalnej polki na druga, majac slaba nadzieje, ze moze nie spadne w przepasc. Tylko ze skala przy tej polce jest taka, ze wedlug mnie powinnam miec wklesly biust, bo inaczej sie nie da bezpiecznie do niej przytulic. Jak ci dwaj to przeszli??? Biore gleboki oddech i ... Sobha, widzac zapewne smiertelna desperacje w moich oczach, wybiera dla mnie okrezna droge, a w innych miejscach juz tylko podaje dlon. Na owej okreznej drodze mam wrazenie, ze zaraz sie stocze w dol w wersji kamiennej lawiny. W koncu zywa docieram do wodospadu i tu slowa przestaja pelnic swa funkcje. Jesli chodzi o TEN wodospad, to opanowuja mnie niewyrazalne slowami emocje oraz 1 angielskie slowo "power", ktore wydaje mi sie bardziej adekwatne niz polskie "potega", "moc" czy "sila". To jedno z tych doswiadczen, kiedy staje sie jasne, ze jezyk ludzi sluzy jedynie do mniej lub bardziej powierzchownej komunikacji, natomiast wyrazanie glebi to domena szeroko pojetej sztuki. Albo milczenia. No bo co moge powiedziec o tym wodospadzie? Ze piekny, ze wspanialy, gigantyczny, pelen "poweru", z rozwiewana przez wiatr woda, pelen slonca, krystalicznej czystosci, swiezosci...? Tak, to prawda, ale te slowa nie oddaja duszy tego wodospadu oraz jej przekazu wprost do mojej duszy, tego cennego bezposredniego porozumienia dwoch dusz. Fotografia? Pokazuje martwy wodospad. Tylko jego niedoskonala forme zewnetrzna. Podczas drogi powrotnej nowa skala, przepasc, panika, dlon podana przez Sobha i slowa: "Nigdy, ale to nigdy nie patrz w dol. Zawsze patrz tylko na sciezke pod swoimi stopami". Ta sama sciezka chodza miejscowe kobiety z ogromnymi koszami na plecach, wypelnionymi trawa oraz galeziami.

Krysztaly swiatla
Zywy wodospad mocy
Swiezosc kreacji

(czwartek 9.06.2011)



3 czerwca 2011

Indyjskie impresje 1

Gdy patrzy sie na chmury z ziemi, wydaja sie plaskie. Ale gdy leci sie nad lub pomiedzy nimi, wygladaja jak lodowe gory o wyszukanych ksztaltach lub arktyczne zaspy sniezne lsniace w sloncu. Jedna z chmur utworzyla twarz smiejacego sie chlopca z rozwianymi lokami. Dostrzegam podobienstwo do aniolkow z barokowych kosciolow i malowidel. (pt 20.05.2011)

ISBT to Glowny Dworzec Autobusowy w Delhi. Faktycznie to jedna wielka blotnista kaluza, sporo straganow i sprzedawcow, indyjskich ubogich i zwyczajnych podroznych, gorszych i nieco lepszych autobusow. Brak rozkladu jazdy, tablic autobusowych w jezyku angielskim, okienka z informacja, mezczyzna sprzedajacy bilety nie zna angielskiego. Obchodze dookola autobus, ktory ewentualnie moglby byc ekskluzywnym volvo busem do Solan, na ktory zarezerwowalam sobie bilet on-line. Nagle przede mna pojawia sie rozesmiana hinduska dziewczyna. "Pomoc ci w czyms? Wygladasz na zagubiona" - mowi z promienna zyczliwoscia. No tak, zdecydowanie potrzebuje pomocy w znalezieniu mojego autobusu - dopiero w tym momencie uswiadamiam to sobie. Amreen i jej chlopak dowiaduja sie o moj autobus, upewniaja sie co do wszystkich szczegolow, dopilnowuja, aby sprzedawca biletow wpisal numer mojego zarezerwowanego miejsca na liste podroznych, pomagaja wniesc plecak do bagaznika, czestuja mietowym cukierkiem. Daja rade na przyszlosc, aby nie rezerwowac on-line biletow na autobus w Indiach. Wyglada na to, ze Amreen to pierwszy aniol w ludzkiej postaci, ktorego spotkalam w swojej indyjskiej podrozy. (nd 22.05.2011)

Pierwszy wieczor w Dolanji, w Menri, Bonpo Monastery. Siedze na tarasie guest house'u. Nade mna niewyobrazalna ilosc gwiazd. Cos w rodaju gwiezdzistego dywanu nad moja glowa. Dawno juz nie widzialam tylu intensywnie swiecacych gwiazd. Przypominam sobie, ze to jedna z "ofert" Dolanji. Nagle serce mi podskakuje z radosci - widze spadajaca gwiazde!
Gdy juz nasycilam sie widokiem rozgwiezdzonego nieba, dotarlo do mnie, ze cala dolina, jak dluga, szeroka i gleboka, gra. To swierszcze lub cykady (niestety, nie rozrozniam).Zanurzam sie  muzyce swierszczy i gwiazd. Trwa to prawie przez cala noc.
O poranku budza mnie glosy ptakow. Brzmi to tak, jakby wszystkie ptaki z okolicy zlecialy sie wlasnie do tej doliny. Czyli pierwsze wrazenie to gwiazdy, swierszcze i ptaki. (pn 23.05.2011)